czwartek, 31 marca 2016

Szeptuchowe zdjęcia

fot. Małgorzata Zając


Wielkanoc spędziłam Bielinach u podnóża Gór Świętokrzyskich.

Pogoda niezbyt sprzyjała spacerom. W sobotę padało, a w niedzielę mimo pięknego słońca zimny wiatr zdradliwie wkradał się pod ubranie.

Na szczęście udało mi się zrobić kilka zdjęć inspirowanych "Szeptuchą".

Co sądzicie?











niedziela, 20 marca 2016

Równonoc wiosenna


 Tego roku równonoc wiosenna wypada 20 marca. Oficjalnie od godziny 5:30 mamy już wiosnę!
Wyszłam dzisiaj na spacer w poszukiwaniu oznak przebudzenia bogini Mokosz. Poza baziami na wierzbach nie znalazłam ich zbyt wielu – ciągle jest zbyt zimno jak na mój gust ;) Do tego zmoczył mnie deszcz – nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że tego dnia deszcz jest symbolem boga Jaryły, który za pomocą wody zapładnia ziemię.

Dla osób, które nie czytały „Szeptuchy” postaram się szybko opowiedzieć najważniejsze rzeczy.

poniedziałek, 7 marca 2016

Ile masz książek?

Przeczytałam kilka dni temu artykuł w gazecie, w którym przytoczono dane z raportu TNS Polska dla Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa w naszym kraju. W artykule napisano, że 2% Polaków ma w swoich domach więcej niż 500 książek. Całkiem elitarna grupa, prawda? Należeć do takich 2% społeczeństwa to fajna sprawa!

Po przeczytaniu artykułu z łezką w oku przyjrzałam się książkom, których odkąd mieszkamy razem z moim Mężem nazbierało się już całkiem sporo.  Na tyle dużo, żeby skończyły nam się w mieszkaniu puste ściany, na których moglibyśmy powiesić półki.
Nasze książki są wszędzie - leżą na półkach, w regale (w dwóch rzędach), na biurku, pod biurkiem, w kartonie pod krzesłem ( które stoi przy tym samym nieszczęsnym biurku), na stole, na parapecie. Zapewne, gdyby moim biurkiem nie był zamykany blat przykręcony na śrubach do ściany to na nim także leżałyby książki, z których aktualnie korzystam pisząc „Noc Kupały”. Niestety (a może raczej stety…) składam go na noc przenosząc książki na drugie biurko, albo na podłogę.

sobota, 5 marca 2016

Jak chory lubi lekarza to dobrze, ale jak choroby go lubią to…


Przez jakiś czas nic nie pisałam. Bynajmniej nie z lenistwa. Okazało się ostatnio, że całkiem popularny ze mnie lekarz! Wszystkie infekcje mnie lubią. Tak bardzo mnie lubią, że chcą zostać ze mną jak najdłużej.

Przeszłam już zapalenie zatok. Najprawdopodobniej złapane od Męża, chociaż on upiera się, że to ja przynoszę z pracy syfy, a nie on. Nawet poradziłam sobie z zapaleniem praktycznie sama, jedynie z lekką pomocą czosnku, cebuli, malin i innych domowych specyfików.

Potem zapalenie płuc. W końcu jak szaleć, to szaleć, prawda? Tu już antybiotyki weszły do boju, bo cebula jakoś nie chciała pomóc.

Nic mnie nie złamało. Ani katar, ani zapalenie płuc. Pewnie na tym by się skończyło, gdybym karnie posiedziała w domu i odpoczęła. Owszem - posiedziałam karnie w domu, ale tylko kilka dni, a potem pobiegłam na kurs do specjalizacji, którą odbywam. Przecież muszę iść na kurs! Zapisywałam się pół roku temu! Nie mogę na niego nie pójść! To poszłam.